Prawie jak "Lejdis". "Szelmostwa niegrzecznej dziewczynki" Mario Vargas Llosy
szelmostwa_llosa_vargas_100Traf chciał, że recenzja ta powstaje w formie korespondencji z Paryża; traf inny chciał, że w drodze tu dzięki uprzejmości załogi autokaru nadrobiłem zaległości i obejrzałem, kultowy wśród lepszej połowy naszego kraju, film świeżej dość daty, jakim jest Lejdis Tomasza Koneckiego. Nie będę się rozpisywał o doświadczeniach estetycznych z tego faktu płynących, bo szanowne Czytelniczki film już w większości widziały po siedemnaście razy, a szanowni Czytelnicy słyszeli od tej czy innej pani siedemnaście przynajmniej razy, jaki to prawdziwy i dobry film - i ja, po osiemnaste, polemizować z tym tu i teraz nie będę.

Ale zaczynam od Lejdis, bo w jednym ze swych wątków film ten realizuje podobny z grubsza motyw, co najnowsza powieść Mario Vargas Llosy, autora tak cenionych przez krytykę powieści jak Rozmowa w katedrze czy Miasto i psy, oraz niezaprzeczalnych faworytów czytelników, by w ich liczbie wymienić Ciotkę Julię i skrybę czy Szelmostwa niegrzecznej dziewczynki właśnie. Myślę konkretnie o historii niedopełnionej miłości Edgara... znaczy: Erwina, do niedotykalskiej i bardzo zadziornej Korby, która ostatecznie dowiaduje się, że „będę czekał" nie znaczy „w nieskończoność".

Zakochany bohater miał zwyczaj, w zdobywczym będąc nastroju, przybierać pozę - jak charakteryzował ją przedmiot jego westchnień - spaniela... Taka cierpliwość i poddańczość nie mogły spotkać się z akceptacją dziewczyny, która pragnęła być zdobytą. Jednocześnie nie potrafiła poradzić sobie z faktem, że jest zdobywana (skutecznie) właśnie w tak nieporadny sposób! Zapatrzony ten mężczyzna nie jest wszelako jedyną ofiarą samodzielnych i zwykle zaradnych bohaterek filmu Tomasza Koneckiego. Mają ci „z tezą napisani bohaterowie" dziwnie miękką nutę, która jednak w większości przypadków przekuwa się w ich siłę i staje się drogą do sukcesów. Wszak ideałem w tym świecie pozostaje mężczyzna wierny, oddany, skłonny do poświęceń empata. Tylko Korba - właśnie ona - nie pozna się na danej jej przez los szansie. Wbrew sobie, przez zaciśnięte zęby, powie ukochanemu sakramentalne „spierdalaj".

Na podobnym schemacie oparty jest pomysł powieści Llosy, historii trochę nieboracznego tłumacza z Peru, który, dzielnie zrealizowawszy swój plan zamieszkania w Paryżu, stara się zdobyć dziewczynę ze swych młodzieńczych, jeszcze peruwiańskich, snów. Dziewczyna ta była zawsze obok, ale jakoś nigdy nie chciała być jego. Spotkana po latach, powracać ma nie raz i nie dwa, w różnych czasach i na różnych etapach życia bohatera.

Rzeczowe i pozbawione ekspresyjnej nuty sprawozdanie relacjonuje powroty „niegrzecznej dziewczynki" z równym zaangażowaniem, co przemiany społeczne i własną karierę zawodową. A więc sucho, oszczędnie, dokładnie. Obrazki tej czy innej dekady pozostają tłem jedynie, a kolejne rozdziały książki znaczone są przez jej powroty (szybko okazuje się o żadnej innej mowy być nie może, mniej więcej przynajmniej... i do czasu).

Ale nie po to jest recenzent, by fabułę zdradzał. W tym przypadku zresztą rola recenzenta jest czysto symboliczna: o bestsellerach pisać w istocie trudno nie jest. Zwykle mieszczą się w kategorii lektury „lekkiej, łatwej i przyjemnej" i to wystarczy, by spragnionemu udanego czytelniczego wieczoru poszukiwaczowi wrażeń taką czy inną książkę zarekomendować. Sam Llosa też nie pretenduje swą narracją do jakichś olśnień i arcydzielnych uniesień. Tą książką w żadnej mierze do Nobla się nie zbliża i nie ma (chyba) takiego planu. Ot, zaprasza Czytelników na wędrówkę, którą Ci odbyli już raz czy kilkakroć, niekoniecznie w jego towarzystwie.

Źle? A dlaczegóżby...? Znakomita większość historii (jeśli nie wszystkie) to tylko „wariacje na temat". Cóż może być istotniejszego niż odwieczna rozgrywka jego i jej, jakby dla siebie stworzonych, a przecież zupełnie nie... i to jeszcze z kilkoma pikantnymi niespodziankami w zanadrzu? No właśnie: nic. I dlatego świetnie zatytułowane Szelmostwa to pozycja zawczasu (przed skierowaniem do druku jeszcze) bestsellerem mianowana.

Polecam zatem Llosę? Wszystkim tym, którzy oczekują emocjonującej fikcji z panoramą epoki upchaną gdzieś między chwile erotycznych spełnień - zdecydowanie! „Znacie? Tak? To posłuchajcie jeszcze raz!" (I na pewno bohater-narrator na głowę bije Edgara... znaczy: Erwina. Prawie z tytułu jest jak najbardziej na korzyść książki). Wszystkim jednak, którzy śledząc losy bohaterów szukają czegoś ponad nimi, czegoś większego i poważniejszego jakby - inne polecam powieści pisarza, gdzie i szelmostwa i... „coś jeszcze".

walden

 

Mario Vargas Llosa, Szelmostwa niegrzecznej dziewczynki, wyd. Znak, 2007