"Social Network" bierze wszystko
Autor: Marcin Jauksz
12-08-2010
16.01. wręczono Złote Globy. Obyło się bez większych zaskoczeń. Statuetki dla najlepszego filmu, za reżyserię, scenariusz i muzykę przypadły Social Network, filmowi, który opowiada nie tyle o twórcach Facebooka, ale próbuje wspiąć się na poziom refleksji o czasach, w których żyjemy i zasadach, które dziś rządzą ludzkimi relacjami. Mówi też o wszystkich, którzy do sieci trafiają, by szukać i odnajdywać nowych ludzi, ludzi znaczących, ważnych, wszystkich tych, których chcielibyśmy przenieść na naszą stronę ekranu.
O nowym filmie twórcy Siedem i Fight Club napisano już sporo i pula pochwał wydaje się pomału wyczerpywać. Historia twórców Facebooka, opowiedziana z werwą i odpowiednim rozłożeniem akcentów, wciska w kinowy fotel na dobre dewie godziny – czy raczej należałoby rzec (już waloryzująco) na bardzo, bardzo dobre dwie godziny. Atrakcyjne są same postaci na czele z najmłodszym miliarderem świata, Markiem Zuckerbergiem, granym z wyczuciem przez Jesse’go Eisenberga,. Nawet jeśli nie zapewniają sobie one sympatii widza, nie przestają tym samym fascynować. Kapitalny scenariusz Aarona Sorkina i znakomita praca reżyserska Davida Finchera sprawiają, że na te ruchome portrety bohaterów patrzy się jak na pierwszorzędny thriller, a tak błaha pozornie czynność jak odświeżenie ekranu komputerowego potrafi wyrwać oddech zaskoczenia z płuc zelektryzowanej widowni.
Pod powierzchnią zgrabnie napisanej fabuły (opartej o dwa duże procesy, w jakie zaangażowany był Zuckerbereg po wyprowadzeniu serwisu na międzynarodowe serwery) kryje się jednak coś więcej, co pozwala wróżyć, że Social Network zostanie rozpoznana jako ważna opowieść o czasach, w których żyjemy. Fincher w ślad za autorem książki, o którą oparty jest scenariusz, poszukuje ludzkiej twarzy za maskami-etykietkami, jakie przypina twórcy Facebooka świata nawet plakat promujący filmową produkcję: „gnojek, geniusz, zdrajca, miliarder”. I proponuje niezwykle atrakcyjną zabawę poszukiwania prawdy o osobie rozpoznawanej przez wielu i raczej nie nazywanej przyjacielem przez nikogo – samotnika, który, „starając się tak bardzo być dupkiem”, w istocie marzy o kimś, kto będzie w stanie rozbroić go i przywrócić go rzeczywistości.
Psychologizujący wątek opowieści (Zuckerberg rozwija swą działalność jakoby po to, by najpierw zemścić się a potem zwrócić uwagę Eriki Albright, dziewczyny, która rzuca go w pierwszej scenie filmu) mógłby być uznany za najsłabszy. Swą sentymentalnością i naiwnością może nawet razić. Chyba że czytać go trochę bardziej metaforycznie i spróbować zobaczyć w Erice nadzieję znakomitej części internautów, wszystkich tych, którzy wchodzą w sieć nie dla gry i emocji wirtualnego życia, ale dla możliwości spotkania się z drugim człowiekiem. W tym momencie przestaje mieć znaczenie, że film napisany przez Aarona Sorkina w oparciu o powieść Bena Mezricha Miliarderzy z przypadku trochę mija się z prawdą. Na drugi plan schodzą zaprzeczenia. Zuckerberga, który w wywiadach przyznał się żartobliwie, że wiele dziewczyn go rzucało, ale nie było żadnej Eriki Albright (która, swoją drogą, natychmiast pojawiła się na Facebooku i ma już własną stronę internetową ).
Mniej lub bardziej fikcyjny romans pozwala jednak Sorkinowi i Fichcherowi uczłowieczyć Zuckerberga i każdego z tych, którzy oddają się sieci w słusznej sprawie poszukiwania tego, co dla siebie najważniejsze. W jednym z wywiadów scenarzysta Social Network mówił, że abstrahując od wszystkich dobrych rzeczy, które Facebook zrobił, gromadząc grupy zaangażowane w naprawianie świata, kojarząc małżeństwa, pozwalając znaleźć starych przyjaciół itd., nie wierzy generalnie, by było to narzędzie, które zbliża ludzi do siebie. Rozwijając te myśl, można stwierdzić, że wartość Facebooka i każdego portalu społecznościowego leży przede wszystkim w możliwościach inicjacyjnych, jakie daje użytkownikowi. Wprowadzając go do pewnej grupy, serwis powinien dawać dość danych o innych osobach w niej funkcjonujących, by tę czy inną osobę zaciekawić i zaintrygować, ale na tyle mało by zachęcić do przeniesienia spotkania na inny poziom…
Dla wielu ludzi ten etap nigdy nie następuje. Zostają w sieci, która staje się zamiennią dla międzyludzkich relacji. Życie towarzyskie zaczyna być grą, wyścigiem w konkursie o największą popularność, jałowym lansowaniem siebie i swoich przygód w wielkim świecie. Social Network Finchera jest historią o doraźności tych relacji. Zuckerberg w finale filmu staje się postacią prawdziwie dramatyczną, gdy z władcy marionetek i intelektualnego snoba przekształca się na oczach widzów w tego, który po prostu szuka… który nie umie być taki jak wszyscy, choć bardzo by chciał. Ten film to powieść o trudności i konieczności bycia w pojedynkę w świecie, gdy tylko nas status na Facebooku określa to, kim w istocie jesteśmy.
Bardzo podobała mi się scena, w której dziewczyna współtwórcy serwisu, Eduardo Severina, robi mu awanturę o to, że nie zmienił statusu, który głosił, że jest singlem, mimo że ich związek trwał już parę miesięcy. Akcentuje ona prawdę, którą wypowiada w innej scenie Erika do Zuckerberga: „internetu nie pisze się ołówkiem, ale tuszem”. Zdewaluowany zostaje tu sąd o nieważności treści zamieszczanej w necie, o jej ulotności i zmienności… Konsekwencje sieciowej egzystencji rozwijają się w rzeczywistym świecie, nie da się wymazać tego, co dzieje się po drugiej stronie naszych komputerowych ekranów. Tego systemu naczyń połączonych nie da się już rozerwać.
„Na ironię zakrawa fakt, ze największym graczem w boomie na serwisy społecznościowe okazał się ktoś na tyle społecznie wycofany, że aż ocierający się o zachowania socjopatyczne” – pisał jeden z recenzentów zza oceanu. Przekornie można się nie zgodzić, pisząc, że właśnie tego typu introwertyka trzeba było, by starał się zbudować coś, co umożliwi mu bycie „cool”, narzędzia zastępczego, równoważnego dla międzyludzkich relacji w „prawdziwym świecie”. Moment, w którym Facebook okazuje się jedynie substytutem prawdziwych relacji, do których zakopany za maską bufona Zuckerberg ma tęsknić, pokazuje, że zarobione miliardy nie równoważą możliwego poczucia porażki. I pozostawić na scenie tęsknotę. Tak jak bohater Social Network tęskni dziś niejeden człowiek zakopany za własnymi maskami, sieciowymi czy realnymi – bez różnicy.
I pewnie dlatego Fincher miał nadzieję (zresztą dziś już spełnioną), że jego film będzie się zestawiało z Obywatelem Kanem Orsona Wellesa. Płaszczyzn porównania zaiste jest wiele, bo oba opowiadają historię medialnego potentata, oba wikłają romansową opowieść o pokrętnej praktyce uczuć w historię o współczesnym społeczeństwie, oba wreszcie stawiają ważne pytania o naturę ludzkiej tożsamości. Ale najważniejsze w tym zestawieniu jest być może jest coś innego – cichy głos nadziei, że za wszystkimi maskami, jakie człowiek dla siebie tworzy i których (czasem nieopacznie) używa, czai się ktoś prawdziwy, „ktoś” jako wartość sama w sobie. To głos nadziei rzadkiej we współczesnej kulturze i za nią choćby Fincherowi i Sorkinowi należały się Złote Globy.
Więcej artykułów z czytelni
Lifestyle
- Sposoby dla dziewczyn, żeby przeżyć Euro 2012
- Przygody na jedną noc – tipsy weterana (wojennego)
- Dobry PoDatek - podziel się twoimi pieniędzmi
- Wakacje dla singla
- Netykieta, czyli o dobrych obyczajach słów kilka
- Zobacz wszystkie
Strefa kultury
- Rowerem i pieszo przez Czarny Ląd
- The Rough Guide - różni wykonawcy
- Sztuczydło na zamówienie! Kaktus w sercu
- Romansując z przeszłością
- W poszukiwaniu namiętności
- Zobacz wszystkie
StrefaSingla.pl i Klub
- Klub StrefaSingla.pl - 7 dni na nową znajomość!
- Kim jest nasz Strefowicz?
- O publikacji dla singli
- Pyszne wrażenia zrealizowane dzięki StrefaSingla.pl - brunch w Country Parku
- Dlaczego StrefaSingla.pl?
- Zobacz wszystkie


Ostatnie komentarze