Poleć znajomym:

Piesio

Autor:

To będzie Opowieść Wigilijna rodem z Dickensa. Po raz pierwszy zobaczyłam to coś kilka dni przed Wigilią w mojej rodzinnej miejscowości - siedziało w opuszczonej budzie trzęsąc się z zimna na kilkustopniowym mrozie.

Nawet nie wiedziałam, czy to ona, czy on, bo mama - gdy zapytałam, czy to suczka czy piesek - odpowiedziała - „Chyba piesek, ale właściwie to nie wiem”. Wywabiłam go z budy dopiero plasterkiem polędwicy, którą przywiozłam z Metropolii, aby nie zepsuła się w lodówce. No, ten pyszczek - patrzę i myślę, że to musi być suczka - taki zgrabny, delikatny. Chcę dyskretnie podpatrzyć, co ma między nogami, ale piesek tak się ustawia, że nie widzę, a poza tym ma takie śliczne „porteczki”, które zasłaniają mu ten fragment. Po chwili odkrywam jednak, że to on. Piesek, a raczej piesio.


Biedny - myślę - cały trzęsie się z zimna, głodu, strachu i niepewności. Na dodatek jeszcze jedną nogę ma zwichniętą i kuśtyka na trzech. I jak tu takiego nie poratować? Pomyślałam, że nie będę panem Scroogem - w końcu jest Boże Narodzenie. I tak się zaczęło. Piesio bardzo potrzebował przynależności, lgnął do człowieka. Od kiedy zaczęłam go karmić, chodził za mną krok w krok, łasił się - ale delikatnie, nie nachalnie - dotykał nosem, kwilił. Był łagodny, taktowny i uległy.


Od tamtej chwili myśl, by go przygarnąć, nie dawała mi spokoju. Nie mogłam jednak podjąć decyzji. Liczba dni mojego pobytu w rodzinnych stronach topniała w oczach, a ja biłam się z myślami: przecież to jedno z marzeń mojego życia, przecież kocham zwierzęta, przecież w dzieciństwie nigdy nie pozwolili mi mieć psa, przecież co się z nim stanie, jak ja wyjadę. Przed oczami przemykały czarne scenariusze, znam żałosne losy takich piesków.

Piesio jest mój!

Odczuwam ulgę w chwili, gdy wreszcie postanawiam - biorę go! Co za radość! Na przekór wszystkim: sąsiadom, którzy twierdzili, że został wyrzucony, bo brudzi i którzy próbowali go przepędzić lejąc na niego wodę; rodzicom - bo on ma na pewno jakąś wadę, bo ma siwe włosy, więc jest stary (ja nie wiem gdzie oni te siwe włosy wynaleźli, ja ich nie widziałam, natomiast widziałam, jakie ma śliczne białe zdrowe zęby, jak chętnie się bawi i że to młody psiak), a jak już chcesz psa, to czy musisz brać takiego z chorą nogą (co za absurd!), bo będziesz uwiązana, bo sobie nie zdajesz sprawy, itd., itp. Czułam ciężar tej odpowiedzialności, ale nie wycofałam się w pół drogi, poza tym, mimo tych uciążliwych uwag, odczuwałam niesamowitą radość i energię, które pozwoliły mi dać piesiowi dom. Te rzekome trudności wręcz mnie „podkręciły”. Kupowanie obroży i smyczy z wzorem w łapy (muszą pasować kolorystycznie), wybór miski i miseczki na wodę, szamponu na pchły i kagańca - dawno już nie czułam się tak szczęśliwa!


„No cóż, biorę go” - łatwo powiedzieć. Ale to znaczyło, że czeka nas 350 km pociągiem do „Metropolii”. Nie wiedziałam, czy wytrzyma, jak się zachowa, czy nie nabrudzi? Piesio przebył całą podróż w turystycznej torbie podręcznej. Zachował się celująco. Na początku trząsł się jak galareta - ze strachu, co z nim będzie - ale potem oswoił się. Przebrnęliśmy przez wszystko - kierowcę autobusu, który okazał zrozumienie, machnął ręką na bilet dla piesia i tylko bąknął, że powinien mieć kaganiec i żeby usiąść gdzieś z tyłu (to jest przewaga ludzi z prowincji nad mieszczuchami) oraz konduktora, który zażądał aktualnego świadectwa szczepień  (oczywiste, że go nie miałam). Sprawę ułatwiało nam to, że ten piesio ma taki osobisty urok, iż wzbudzał ogólną sympatię, wystarczyło spojrzenie na niego i ludzie miękli. Potem były już właściwie tylko przejawy życzliwej ciekawości i spojrzenia w głąb przedziału, w którym jechał On.

Piesio - zdobywca serc wielu

Do dziś tyle osób mu nadskakuje… Oto kilka postaci-entuzjastów mojego piesia: ekspedientka, która wyszła ze sklepu, aby go pogłaskać, mówiąc: „Jaki śliczny, czarny przepalany” (ha, ha); pani ze spaceru, której mówię, że nasze pieski są podobne: „ale pani - odpowiada ona - ma ładniejszy ogonek!”. Tak, jego ogon to temat na osobny akapit. Mój zachwyt nad jego ogonem nie ma końca!!! Został uwieczniony na kilkunastu fotkach włożonych do albumu. Można by go porównać do koniuszka zakręconego włoskiego loda lub do spiralnej ciapki z kremu jakie robi się na tortach dekoratorem, albo do pióropusza - tylko że ten ogon jest piękniejszy! Jest puszysty jak u wiewiórki (zresztą piesio tak właśnie wygląda, gdy załatwia większą potrzebę), z wierzchu czarny, a od spodu płowy. Raz podwinięty, raz merdający, raz wachlujący, raz czupurnie zadarty - wtedy tworzy taki puszysty półokrąg.


Ma małą dysproporcję między przodem a tyłem ciała. Przód jest trochę zbyt masywny - jakby od innego psa, ale razem tworzy to intrygujące połączenie. Korpus ma dość długi, mimo to do dziś nie mogę zrozumieć, dlaczego moi rodzice mówili o nim „jamnik”. Choć to samczyk, akceptuje mnie jako przewodnika stada i nie podważa mojej pozycji Alfy.


Gdy spotykamy się z właścicielami innych psów: spaniela, labradora czy beagla, często ktoś stwierdza: „Jaki ten piesek ładny!” - cała rosnę z dumy widząc, jakie wzbudza zainteresowanie. Piesio ma w sobie wdzięk, którym czaruje i przewyższa niejednego Jaffiego, Mikiego, Clifforda i tym podobnych - choć to rasowce, a on ma wpisane w książeczce psiego zdrowia „pies mieszany”. No, może tylko jorki są bardziej urokliwe. A propos zdrowia: wesoły pan weterynarz potwierdził moją tezę, że piesek jest młody - maksymalnie półtoraroczny. Kosmatek uwielbia gryźć prawie wszystko i ma w sobie wielkie pokłady energii i życiowej pasji.

Piesio i ja

Piesio nie pozwala mi się nudzić, piesio jest moim budzikiem, piesio dba o moją higienę psychiczną - piesio daje mi tyle uwagi, ile ja jemu, zaczepia mnie, domaga się zabaw i pieszczot, lecz nie narzuca się. Świetnie zna znaczenie słowa „nie wolno”. Nikt tak nie cieszy się z mojego powrotu i nie czeka na mnie, tak jak on. Wtedy wije się jak piskorz i wydaje pomruki zadowolenia, rozkłada się jak długi pokazując miękki brzuch. Moja radosna iskierka. W ciągu niecałego miesiąca nauczyłam go komend: „siad”, „łapa”, „hop”, „piesek prosi”, „nie wolno” i (już prawie kończymy) „aport”. Jest niezwykle mądry i rozumny. Absolutnie nie brudzi, nie demoluje mieszkania, nie szczeka i nie wyje, jest zrównoważony i przyjazny względem ludzi i innych psów.


Z jego wad mogę wymienić tylko pogryzione kapcie, chusteczki do nosa i kasztany, relaksowanie się na wersalce pod moją nieobecność, buszowanie po biurku (tak łatwo wskoczyć na nie z wersalki), zły słuch gdy w pobliżu znajduje się jakiś inny pies lub gdy zakłócam mu inną megaważną czynność. Tak, z przywoływaniem go do mnie na dworze jest mały problem, ale pracuję nad tym. Niestety ma lekką traumę związaną ze swoją przeszłością - zdarza mu się zalęknienie, boi się gwałtownych ruchów. Staram się, aby o tym zapomniał.


Oczywiście nie wszystko jest tak różowe. Piesio to rzeczywiście obowiązek. Od kiedy mój dom stał się jego domem we wzmożonym stopniu dbam o czystość: „walczę” z piaskiem i sierścią i zastanawiam się skąd bierze się w miejscach, w których on nie przebywa. Dziesięć, czasem piętnaście razy dziennie myję ręce. Muszę zapewnić mu spacery na świeżym powietrzu świątek, piątek i niedziela, gdy źle się czuję i gdy mi się nie chce. Piesio uczy mnie konsekwencji. Ja szanuję jego, a on mnie. Oddałam mu swoją owczą skórę, choć dojrzewałam do tej decyzji przez tydzień. Na wiele mu pozwalam, ale staram się zachować równowagę między swobodą a rozsądną dyscypliną. Bywa, że drażni mnie, np. gdy nad Eukanubę przedkłada chleb z masłem i pasztetką, i woli to popić śniegiem lub wodą z kałuży.


Zdarzyło mi się wyjść z nim w środku nocy za potrzebą (jego), aby na łące przy bloku spotkać sąsiada z jorkami i dowiedzieć się, że jego psy też mają rozwolnienie. Czasem trudno mi odróżnić, czy on naciąga mnie na spacer, czy rzeczywiście musi wyjść. Od kiedy zrobił mi nieprzyjemną niespodziankę w kuchni - nie lekceważę jego sygnałów.


Te wszystkie trudy są niczym nadzwyczajnym w porównaniu z radością, którą on mi daje. Gdy patrzę jak swobodnie baraszkuje na dywanie bawiąc się piłeczką lub kością, gdy doprowadza mnie do łez radości uprawiając szalone gonitwy po śniegu z innymi psami, gdy przybiera pozę sfinksa albo zwija się w kulkę i śpi - widzę, że to jest szczęśliwy pies i serce mi rośnie. Ja też jestem szczęściarą. Mogło się sprawdzić się to „krakanie” otoczenia, piesio mógł okazać się problematyczny. Ale dałam mu ogromny kredyt zaufania, a on go nie zawiódł. Mój ptyś, maskotka, perełka, która osładza mi życie.


Człowiek może zmienić życie psa. Czasem może też być na odwrót.

 

*elmar, właścicielka Brysia i autorka tekstu jest Strefowiczką, zarejestrowaną w naszym serwisie
** śródtytuły pochodzą od Redakcji

Ostatnie komentarze

Ten artykuł nie został jeszcze skomentowany. Dodaj swój komentarz.