| Cena małżeństwa |
|
|
|
Jak wynika z badań, zdecydowana większość młodych
kobiet chciałaby wyjść za mąż, i to niekoniecznie dlatego, że męskie
szowinistyczne społeczeństwo poddało je od dzieciństwa ukierunkowującemu
treningowi (gumowy słodki dzidziuś, kuchenka, mebelki jak prawdziwe), ale
raczej ze względu na to, że są bystre i widzą jak jest: małżeństwo jest układem
dobrze zaspokajającym potrzeby kobiety. Oczywiście jeśli tylko potrafią one się
w nim przytomnie umościć. Z kolei dla mężczyzny, ślub to inwestycja coraz mniej
opłacalna. Mężczyźni z młodszego pokolenia odwlekają ślub, jeśli w ogóle
zamierzają go brać.
Autor: Zofia Milska-Wrzosińska*
Jeśli wierzyć antropologom, małżeństwo monogamiczne samo w sobie jest porażką podstawowej strategii prokreacyjnej samca, bazującej na zapłodnieniu maksymalnej liczby partnerek. Mężczyźni byli zmuszeni z tego wzorca zrezygnować, bo nadprodukcja przypadkowo poczętych dzieci przestała być akceptowalna moralnie, społecznie i ekonomicznie. Przestawili się zatem z ilości na jakość i zaczęli dbać o mniejszą liczbę dzieci poczętych z jedną partnerką, a nie z wieloma. To sytuacja dla kobiet bardzo korzystna. Zwłaszcza że kandydatki na żony wymagają dużo, a dają nie tak znów wiele. Chcą dla siebie jednocześnie przywilejów tradycyjnie męskich (wolność, autonomia, samorealizacja), ale również tych uznawanych za raczej kobiece (bezpieczeństwo materialne i społeczne oraz oparcie). W dodatku trudno im się zgodzić na koszty związku: konieczność dostosowania się do drugiej osoby, obowiązki, odpowiedzialność. Nie muszą i nie chcą prasować koszul, gotować codziennych obiadków, mieć wyłączności na reprezentację rodziny na wywiadówkach i być dyspozycyjne seksualnie na żądanie. Macho w spódniczce
Politykę finansową ustalamy w duchu zasady „Co moje, to moje, a co twoje, to jeszcze zobaczymy". Żądamy szacunku dla naszej pracy zawodowej („Zrób dzieciom kolację, bo ja mam raport do zrobienia na jutro"), ale jej finansowe owoce traktujemy jako własny prywatny dochód, który zagospodarowujemy zgodnie z naszymi potrzebami, podczas gdy zarobki męża mają być pod naszą kontrolą.
Sypialnia spod znaku Wenus
Nie chcemy być traktowane jak zabawki seksualne - laleczki
dostępne na życzenie dla rozładowania rozmaitych męskich napięć, ale same
traktujemy naszych partnerów jak misie-pluszaki, w których ramiona wtulamy się,
gdy jest nam zimno, smutno i źle, szepcząc przy tym „Chcę się tylko
przytulić... taka jestem nieszczęśliwa... na nic nie mam siły". Żądamy, by nasz
nowoczesny partner rozumiał, że bliskość fizyczna może być wyrazem nie tylko
pragnień seksualnych, ale i czułości, natomiast same nie zamierzamy uznać, że
konstrukcja typowego mężczyzny uniemożliwia wytrzymanie dwóch tygodni* czysto
platonicznych przytulanek. W zakresie prokreacji wyznajemy bezkompromisową formułę „Mój brzuch należy do mnie". Chcemy rozstrzygać o zajściu w ciążę, a nawet jej utrzymaniu lub nie, ale mężczyźnie nie dajemy prawa do decyzji o poczęciu („No tak, to fakt, mówiłam, że biorę pigułki, bo od dwóch lat biorę... Ale zapomniałam, że akurat zrobiłam przerwę, bo mi lekarz zalecił. No i stało się. Co, nie jesteś zadowolony? Jak nie chcesz, to sobie poradzę, sama urodzę i wychowam"), ani o tym, czy dziecko ma się urodzić („Jak będę chciała, to usunę, a tobie nic do tego"). Chyba nigdy nie miałyśmy takiej szansy stworzenia korzystnego dla kobiet modelu relacji męsko-damskich jak teraz. I tę właśnie szansę krok po kroku marnujemy. Za kilka pokoleń nasze następczynie będą się mogły rozkoszować towarzystwem damskich bokserów oraz mężczyzn homoseksualnych z wyboru, rozmnażających się przez klonowanie.
Zofia Milska-Wrzosińska "Para z dzieckiem", wyd. Jacek Santorski & Co Agencja Wydawnicza, Warszawa 2005. ** dwóch dni - przyp. męskiej części Redakcji;) |





My, współczesne kobiety uważamy, że mężczyzna powinien
uczestniczyć w obowiązkach domowych, również - a może zwłaszcza - takich,
których nie lubi: zmywaniu, praniu czy zmianie pieluch. Same bardzo się
obruszamy, gdy wyraża zdziwienie, że nie pojechałyśmy do wulkanizatora z
przebitą przez nas oponą. („Ja miałam to zrobić? Chyba sobie żartujesz?!
Przecież nie dałabym rady, zresztą nawet nie wiem, gdzie jest ten warsztat.").
Oczekujemy, że mąż wypełni PIT, naprawi pralkę, da w prezencie najnowszy krem
odmładzający za 700 zł i zawsze obiegnie samochód dookoła, aby otworzyć drzwi.
Chcemy, żeby nam opowiadał o swoich sprawach zawodowych, a nie lekceważąco
zbywał „Przecież i tak to cię nie interesuje", ale po trzech minutach relacji o
ważnych negocjacjach, gdzie odegrał pierwszoplanową rolę, wykrzykujemy „To
Marek też tam z tobą był? Nic mi nie mówiłeś, że już wrócił. A wiesz, że jego
żona chyba ma kogoś?".
* Zofia
Milska-Wrzosińska jest psychologiem, autorką książki pt. „Para z dzieckiem",
która jest zbiorem listów czytelników oraz tekstów publikowanych na łamach
''Dziecka'' i ''Wysokich Obcasów''. Powyższy tekst stanowią fragmenty książki.
Tytuł oraz śródtytuły pochodzą od Redakcji.
